Byliśmy w samym sercu Parku Narodowego Khao Sok, jednego z najpiękniejszych miejsc w Tajlandii.

Silnik łódki zgasł i w ciszy dryfowaliśmy po gładkiej tafli jeziora. Sunęliśmy po wodzie, patrzyłam w nocne niebo usiane gwiazdami i próbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatni raz przed naszym wyjazdem znalazłam czas na to, aby zatrzymać się na moment i rozejrzeć uważnie dookoła.

Byliśmy w samym sercu Parku Narodowego Khao Sok, jednego z najpiękniejszych miejsc w Tajlandii. Podobno w tym miejscu znajduje się najstarszy, wiecznie zielony las równikowy. Las tropikalny pełen dzikich zwierząt, ogromne wapienne skały wystające z wody, jaskinie i przepiękne jeziora — wszystko to w jednym miejscu.

Przypłynęliśmy do małego skupiska domków krótko po południu. Domki te są raczej liche, ale w środku są przyjemnie chłodne i przewiewne. A przewiew w tym klimacie jest towarem deficytowym. Cały urok tych domków polega na tym, że wystarczy otworzyć drzwi i zrobić dosłownie dwa kroki, aby znaleźć się w jeziorze — co też czyniliśmy nadzwyczaj często. Zdarza się, że drzwi w ogóle się nie zamykają, dokładnie tak jak w przypadku naszej klitki. W tym wypadku pozostaje wpadanie do wody prosto z łóżka. Drewniany podest skrzypiał, a spróchniałe deski świeciły dziurami. Momentami czułam się tak swojsko, jak na Mazurach. Gdyby nie to, że na śniadanie jedliśmy ryż na ostro i ananasa zamiast twarożku z razowcem i gdyby nie góry widoczne z oddali, to mogłabym sobie wmówić, że czuję się jak u siebie.

Miejsce wyglądało na ciche i spokojnie, ale zdecydowanie takie nie było. Na tej małej powierzchni w tym samym czasie przebywało kilka grup turystów. Ciężko nam było zebrać myśli, więc uciekaliśmy na kajak. Wstaliśmy o świcie, żeby zdążyć na wschód słońca. Pływaliśmy od zatoczki do zatoczki, wypatrywaliśmy wśród zieleni małp i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy dżungli, mijając wystające z wody konary drzew.

Największą zagadką był dla mnie absolutny brak komarów. Tu, na środku jeziora nie było absolutnie ani jednego komara. Dopytywaliśmy przed wyjazdem o moskitiery, ale wszyscy zbywali nas machnięciem ręką i zapewnieniem, że niepotrzebna. Nie wierzyliśmy, więc pożyczyliśmy siatkę z hotelu. Na miejscu Kui, nasz przewodnik, śmiał się, że jeśli zobaczymy gdzieś komara, to żebyśmy go koniecznie przynieśli i pokazali. Był tak pewien swego, że oferował puszkę piwa w zamian za każdego — martwego lub żywego — komara. I faktycznie miał rację, bo komarów nie było.