Chiński Nowy Rok nas zaskoczył. Wyłonił się zza zakrętu w postaci rozświetlonej milionem lamp świątyni…

Chiński Nowy Rok nas zaskoczył. Wyłonił się zza zakrętu w postaci rozświetlonej milionem lamp świątyni i kolorowych straganów rozstawionych w pobliżu. Jechaliśmy właśnie z Ranong do Bangkoku, gdy na ten widok olśniło mnie. Następnego dnia miały przypadać obchody Chińskiego Nowego Roku, które zgodnie z tradycją trwają piętnaście dni.

Przygotowania do Chińskiego Nowego Roku rozpoczynają się już miesiąc wcześniej i oznaczają generalne porządki w domu oraz wygnanie złych duchów. Chińczycy starają się w tym czasie zadbać również o siebie i wybierają się do fryzjera oraz kupują nowe ubrania. W dobrym zwyczaju jest również oddawanie zaciągniętych długów i pożyczek. W przeddzień Nowego Roku wieszane są lampiony oraz dekoracje. Wigilię Chińskiego Nowego Roku spędza się zazwyczaj w gronie rodzinnym przy uroczystym obiedzie. Następnego wieczoru obchody przybierają bardziej huczny charakter. Organizowane są parady i tańce smoków oraz lwów, a także pokazy sztucznych ogni. Kolejne dni Chińczycy spędzają głównie na odwiedzaniu lokalnych marketów i kupowaniu ozdób, a także odwiedzając krewnych, sąsiadów lub po prostu spędzając czas w gronie znajomych. Chińczycy w tym okresie odwiedzają świątynie, modlą się, zapalają kadzidła na ołtarzach swoich przodków, a także składają sobie życzenia.

Na obchody Nowego Roku wybraliśmy się do Chinatown. W całym mieście widoczne były akcenty i odbywały się wydarzenia nawiązujące do celebracji lub nadchodzącego Roku Małpy. Jednak to w Chinatown obchody były najbardziej huczne i widowiskowe. Wszędzie odbywały się pokazy tańców i mniejsze parady smoków. Dźwięki bębnów wręcz ogłuszały, a intensywny i słodki zapach kadzideł mieszał się z gryzącym dymem z kuchni polowych.

Intensywnie czerwone lampiony cudownie kontrastowały z ciemnymi uliczkami Chinatown, tworząc niepowtarzalną atmosferę. Idąc główną ulicą, rozświetloną neonami, mijaliśmy stoiska z prażonymi kasztanami, aromatycznym kurczakiem po syczuańsku i soczystymi owocami.

Właściwie spacer ten przypominał raczej płynięcie wraz z ogromną masą ludzką, której nie sposób było zatrzymać lub ominąć. Masą, która kupuje, wyszukuje, przegląda, targuje się. Zmęczeni tłumem i pozbawieni woli dalszego eksplorowania szukaliśmy zgubionego oddechu, przysiadając z boku na schodach. Przyjęliśmy pozycję zza kulis, od kuchni, ciesząc się chwilą wytchnienia. Z tej perspektywy — bez konieczności lawirowania pomiędzy pędzącymi i trąbiącymi tuk-tukami z jednej strony a, płynącym potokiem ludzi z drugiej — Chinatown urzekło nas najbardziej.