Na Phayam dotarliśmy speed boat’em w towarzystwie kilku Tajów, mnicha i kota, który podczas tej przeprawy przeżył prawdopodobnie najgorsze chwile swojego życia.

Na Phayam dotarliśmy speed boat’em w towarzystwie kilku Tajów, mnicha i kota, który podczas tej przeprawy przeżył prawdopodobnie najgorsze chwile swojego życia. Podobno jeszcze dwa lata temu nic tu nie było. Tymczasem my bez przeszkód wypożyczyliśmy skuter, zostawiliśmy swoje bagaże w sklepie przy porcie i udaliśmy się na poszukiwanie noclegu. Przekonani, że wyspa nie jest szczególnie znana i oblegana, byliśmy pewni, że ze znalezieniem pokoju nie będzie większego problemu. Dosyć szybko zorientowaliśmy się, w jak dużym byliśmy błędzie. Wszystko zajęte. Złapaliśmy więc pierwszy lepszy pokój. Michał popędził po nasze bagaże — nie wiedząc, że właścicielka sklepu w tym samym czasie gasiła już światła, szykując się do zamknięcia. W międzyczasie ja rozglądałam się po naszym domku. Był prosty, urokliwy, ale z prywatną łazienką. I to z jaką łazienką! Brałam zimny prysznic, patrząc w gwiazdy, bo łazienka nie posiadała dachu. Nie posiadała też ciepłej wody, ale do tego w Tajlandii zdążyłam już przywyknąć.

Tutaj też spróbowaliśmy po raz pierwszy surfingu. To było moje marzenie od dawna i gdy tylko zobaczyliśmy, że jest możliwość wypożyczenia deski, nie zastanawialiśmy się dwa razy. Najlepszym miejscem do nauki surfingu na Koh Phayam jest zatoka Ao Yai. Szeroka plaża i łagodne zejście do Morza Andamańskiego sprzyjały stawianiu pierwszych kroków na desce. Fale były wystarczająco duże, aby trochę posurfować i jednocześnie się nie utopić. Na desce pływaliśmy zaledwie dwa dni, ale już wiem, że to dopiero początek przygody z surfowaniem.

Michał w ciągu jednej doby zrobił spory postęp i nauczył się stawać na desce… na ułamek sekundy. Ja pływałam głównie na brzuchu. Kilka razy udało mi się co najwyżej podnieść na kolana, ale zaraz potem traciłam równowagę i wpadałam do wody. W życiu nie opiłam się takiej ilości słonej wody, co podczas tych dwóch krótkich dni.

W międzyczasie jeździliśmy bez celu po całej wyspie i trafialiśmy na mniej lub bardziej urokliwe zatoki. Mnie najbardziej przypadła do gustu Ao Kwang Peeb. Zupełnie pusta plaża, z krystalicznie czystą wodą i delikatnym piaskiem.