Pusta, tropikalna plaża, ciągnąca się wzdłuż wybrzeża kilometrami. Drobny, biały piasek przypominający w dotyku mąkę. Wściekle turkusowa woda i rozsiane gdzieniegdzie bungalowy z hamakami na gankach. Dzieci, które beztrosko się bawią i dorośli, którzy stale się uśmiechają i zapraszają do swoich domów. A na kolację pyszna, świeża, grillowana barakuda. Tak wyglądała nasza rzeczywistość podczas kilku dni naszego pobytu na Koh Rong.

Ta niewielka wyspa u wybrzeży Kambodży bije na głowę zatłoczone i turystyczne plaże Tajlandii. Jest miejscem idealnym dla osób szukających ciszy i spokoju. Na wyspie nie ma sieci dróg, nie ma samochodów, nie ma też bankomatów. Na wyspie nie ma również szybkiego internetu, ale nam ostatecznie udało się trochę popracować.

Mieszkańcy wyspy do komunikacji pomiędzy wioskami korzystają wyłącznie z łodzi. Gdzieniegdzie pojawiają się utwardzone ścieżki, ale większość dróg nadal przypomina piaskownicę.

Przyglądając się temu, jak na wyspie żyją miejscowi, uderzyło nas to, że nikt z nich nie kąpał się w morzu. Zarówno dzieci, jak i dorośli, trzymali się raczej z daleka od wody i plaży. Przy pierwszej lepszej okazji spytaliśmy więc miejscowego o to, dlaczego nie korzystają z morza. Ku naszemu zdziwieniu odpowiedział, że nikt z nich nie potrafi pływać. Byliśmy szczególnie zaskoczeni jego odpowiedzią, ponieważ mieszkańcy, poza zyskami z turystyki, utrzymują się z rybołówstwa, a podstawowy transport odbywa się tutaj drogą morską. To jak bardzo miejscowi boją się wody, potwierdziło się w trakcie naszego powrotu na ląd lokalną łódką. Spora część osób zachowywała się tak, jakby faktycznie ta dwugodzinna przeprawa miała być ich ostatnią w życiu.

W pobliżu Koh Rong można kąpać się w towarzystwie świecącego nocą planktonu. My niestety byliśmy na wyspie w trakcie pełni księżyca, więc plankton był niewidoczny, ale gdy tylko nadarzy się kolejna okazja, spróbujemy.

Cudowne wschody i zachody słońca stały się na moment naszą codziennością. To były dobre dni, leniwe dni. Wieczorami spacerowaliśmy po plaży albo zapadaliśmy się w ogromne fotele z bambusa, zajadaliśmy owocami i czytaliśmy książki.