Wietnam przywitał nas szeroko otwartymi ramionami. Ramiona nie były otwarte metaforycznie. Ramiona były otwarte bardzo dosłownie i należały do Wietnamki, która sprzątała w hotelu, w którym się akurat zatrzymaliśmy. Zostałam przytulona na powitanie przez kobietę, dla której byłam obcą osobą i pomimo tego, iż mój dom był wówczas bardzo daleko — zarówno w sensie fizycznym, jak i kulturowym — to poczułam się tak, jakbym właśnie do niego wróciła.

Wietnamczycy nie przestają nas zresztą zaskakiwać. Pisanie tego artykułu przerwało mi pukanie do drzwi. Otworzyłam więc i moim oczom ukazał się właściciel hotelu, który z zakłopotaniem i niepewną miną zapytał mnie, czy może… wyjąć swoją bieliznę i ubrania, które leżały w szafie, stojącej przypadkiem u nas w pokoju. Takie sytuacje – zabawne, czasem dziwne i zaskakujące – zdarzają nam się tutaj cały czas. Stale spotykamy się jednak z życzliwością ludzi i zaciekawieniem. Wietnamczycy często się do nas uśmiechają i chętnie nam pomagają, gdy zachodzi taka potrzeba.

Chùa Bà Thiên Hậu

Mając już do dyspozycji własny motocykl, zdecydowaliśmy się na przejażdżkę po dzielnicy Cho Lon, zamieszkałej przez liczną mniejszość chińską. Szukaliśmy miejsc – dla odmiany – nieco spokojniejszych od zatłoczonych ulic Sajgonu. W gąszczu identycznie wyglądających uliczek udało nam się ostatecznie odnaleźć świątynię Chùa Bà Thiên Hậu i urzeczeni tym miejscem, spędziliśmy tam większość naszego poranka.

Wnętrze świątyni zajmuje częściowo zadaszony dziedziniec, na którego końcu znajduje się ołtarz. Na targanych wiatrem różowych skrawach papieru zapisane są imiona osób, które złożyły datki na wsparcie dla świątyni.

Promienie słońca i unoszący się dym z kadzideł tworzą subtelną grę świateł.

Wietnamczycy zapalają stożkowe kadzidła, do których przeczepione są intencje, prośby i modlitwy wypisane na czerwonych lub różowych karteczkach. Za drobną opłatą kadzidło zostaje zawieszone i wypala się mniej więcej po siedmiu dniach. Dym, który się unosi ku górze, ma za zadanie zanieść modlitwę do duchów przodków – a przynajmniej tyle udało nam się zrozumieć.

Phuoc An Hoi Quan

Kilka przecznic dalej znajduje się świątynia Phuoc An Hoi Quan. Front świątyni zdobi mały ogród, który stanowi niewielką i zaciszną oazę zieleni w centrum gorącego i hałaśliwego miasta.

Świątynia powstała w 1902 roku i podobno jest jedną z najpiękniej zdobionych świątyń w mieście. Podobno, bo szczerze mówiąc, nie widzieliśmy ich do tej pory zbyt wielu. Z pewnością jest jedną z tych bardziej klimatycznych i mniej obleganych.

Spokój bijący z tego miejsca zachęca, by przysiąść na jednej z ławek i odetchnąć od szybkiego tempa wielkiego miasta. Nam najbardziej przypadły do gustu intensywnie czerwone kadzidła, które wyglądały wyjątkowo malowniczo na tle gęstej i spowitej dymem czerni.