Wczesny ranek, kogut pieje. Otwieram leniwie oko… zaraz chwila. Kogut?! Jesteśmy w Ho Chi Minh (dawniej zwanym Sajgonem), w jednym z największych miast w Wietnamie. Pianie kogutów zagłuszają tutaj jedynie pędzące we wszystkich kierunkach skutery. W Wietnamie czerwony kolor świateł na skrzyżowaniu jest tylko dekoracją, a przejście dla pieszych oznacza linię startową. Piesi w ogóle nie mają w tym kraju łatwego życia. Opanowanie sztuki bezpiecznego teleportu z jednej strony ulicy na drugą było dla nas również bardzo trudne i emocjonujące.

Od zawsze podobał mi się pomysł podróżowania we własnym tempie i na swój sposób, a w szczególności na dwóch kółkach. Możliwość samodzielnego wybierania tras i zatrzymywania się po drodze tam gdzie chcemy, dałaby nam ogromną wolność. Jeszcze przed naszym wyjazdem byłem zdecydowany na to, że spróbujemy kupić motocykl. Postanowiłem więc zgłębić temat i przymierzyć się do zakupu swojego pojazdu.

Pierwotnie myślałem, że uda nam się kupić motocykl w Tajlandii. Szybko jednak okazało się to niemożliwe. Zakup pojazdu w tym kraju, w przypadku wizy turystycznej, nie wchodzi w ogóle w grę. Drugim typem była Malezja. W Malezji motocykl można kupić legalnie, na swoje nazwisko i wyjechać nim z kraju. Wybór sprzętu jest bardzo duży, jednak ceny pojazdów są znacznie wyższe niż w pozostałych krajach azjatyckich. Podstawową przeszkodą był jednak brak możliwości przekroczenia granicy z Wietnamem na motocyklu zarejestrowanym w innym kraju. Bazując na informacjach zebranych w internecie i po rozmowie z ambasadą, wiedziałem już, że do Wietnamu swoim pojazdem na pewno nie wjedziemy. Okazało się jednak, że kupowanie motocykli w Wietnamie przez obcokrajowców jest bardzo popularne, pojazdy są tanie i wybór jest spory.

Zaopatrzony w tę wiedzę, wyruszyłem więc na poszukiwania dwóch kółek, które mogłyby nam towarzyszyć podczas podróży po Wietnamie. Szukałem motocykla, który da radę na swoim grzbiecie przewieźć nas oraz nasz dobytek w postaci czterech plecaków. Obserwując lokalny transport, nie miałem wątpliwości, że z załadowaniem bagażu nie będzie większego problemu. Wietnamczycy są mistrzami w przewożeniu wszystkiego na swoich skuterach. Transportują zazwyczaj ekstremalne ilości pakunków w tym zwierzęta, rowery, materace, czy też panele podłogowe.

Przebierając nogami wybrałem się w okolice Bui Vien Street – w tej dzielnicy najłatwiej jest odkupić motocykl od innego podróżnika lub mechanika. Przy serwisach mechanicznych, które w całości zgrabnie mieszczą się pod średniej wielkości parasolem, rozstawione są motocykle gotowe do sprzedaży. Jakby nie patrzeć – same Hondy. W rzeczywistości, większość z nich to podróbki produkowane w Indonezji, Chinach lub Wietnamie.

Wybór sprzętu był bardzo duży i zróżnicowany. Niektórym motocyklom brakowało lusterek, świateł, owiewek lub silnika. Na wskazanie brakującej części sprzedawca odpowiadał “5 minutes” i owa część magicznie pojawiała się w pojeździe. Po obejrzeniu kilkunastu egzemplarzy w końcu jeden z nich przykuł moją uwagę. Po długiej rozmowie na temat motocykla mechanik zapytał się mnie, czy chcę się przejechać na jazdę próbną. Lekko przygłuchy od rumoru skuterów i tylko trochę skołowany ruchem ulicznym, rozejrzałem się dookoła, przełknąłem głośno ślinę i skinąłem głową na znak, że – a jakże – spróbuję!

Mechanik jechał przede mną na drugim motocyklu. To był jedyny sposób na to, aby nie zgubić się w mieście, w którym labirynt uliczek utkany jest gęściej niż pajęcza sieć. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że w tym mieście jeździ się łatwiej, niż chodzi. Pojazdów jest bardzo dużo, ale w tym chaosie na drodze można doszukiwać się pewnych reguł poruszania, które są całkiem inne od tych, które znamy.

Kilka motocykli później, bogatszy o kolejne jazdy testowe wreszcie natrafiłem na egzemplarz, który w dużej mierze spełniał moje oczekiwania – Honda Win o zawrotnej pojemności 110cc. Pozostało jedynie sprawdzić papiery, dogadać cenę i ustalić zakres napraw oraz modyfikacji.

Z punktu widzenia prawnego, najważniejsze jest posiadanie niebieskiej karty, która jest odpowiednikiem dowodu rejestracyjnego z wybitym numerem tablicy rejestracyjnej, ramy oraz danymi właściciela pojazdu. Dobrze jest, aby karta była wydana w dwóch językach – wietnamskim oraz angielskim. Dzięki temu mamy szansę uniknąć problemów podczas przekraczania granicy. W Wietnamie, posiadając wizę turystyczną, nie ma możliwości zarejestrowania pojazdu na własne nazwisko. Posiadanie niebieskiej karty jest wystarczające. Ja jednak dodatkowo poprosiłem o rachunek z warsztatu, na którym wypisane są wszystkie numery i wskazują mnie jako nowego właściciela.

W październiku 2015 Wietnam formalnie dołączył do sygnatariuszy konwencji Weneckiej z 1968 roku. W teorii oznacza to honorowanie międzynarodowego prawa jazdy z państw, które również są sygnatariuszami (tak, Polska też!). Jednakże ambasada RP w Wietnamie ostrzega, że teoria z praktyką często się w tym kraju rozmija. Aby nie mieć problemów podczas kontroli przez wietnamskich stróżów dróg, ambasada sugeruje wyrobienie wietnamskiego prawa jazdy, albo podróżowanie wehikułem o pojemności do 50cc. Doświadczenia innych podróżników oraz wietnamskich firm organizujących wycieczki motocyklowe potwierdzają, że w praktyce wystarczy jednak posiadać motocykl o pojemności do 175cc. Ja z własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że po okazaniu międzynarodowego prawa jazdy oraz dowodu rejestracyjnego podczas kontroli policyjnej nie było żadnego problemu. Ponadto, policja dość niechętnie zatrzymuje obcokrajowców do kontroli. Wyjątkiem tutaj jest podróż bez kasku lub zbyt szybka jazda. Popełniając wykroczenie, łatwo za sponsorować wietnamskiej drogówce zupkę Pho. Tak więc, w drogę!