Budzik wyrwał nas z głębokiego snu o 4 nad ranem. Półprzytomni spakowaliśmy kanapki do plecaka i popędziliśmy motocyklem w kierunku portu. Dzień wcześniej umówiliśmy się z drobną Wietnamką, że stawimy się o 5 przy jej łódce i razem z nią popłyniemy na lokalny market na wodzie. Jak obiecaliśmy, tak się zjawiliśmy i chwilę później w gęstym mroku płynęliśmy małą łódką w dół rzeki, wsłuchując się w miarowy warkot silnika.

Gęsty mrok powoli przechodził w szarość mglistego poranka. Mijając łódki, na których Wietnamczycy zorganizowali swoje domy, mogliśmy przez chwilę podejrzeć toczące się życie i poranne rytuały. Ktoś mył zęby, ktoś inny wieszał pranie. Do łódek sprawnie podpływała młoda Wietnamka. Serwowała kanapki oraz gorącą i bardzo mocną kawę. Skusiliśmy się na kubeczek i po kilku łykach ostatecznie odzyskaliśmy jasność umysłu.

Z minuty na minutę robiło się coraz jaśniej, a słońce zaczęło powoli wychylać się znad horyzontu. Powoli dopływaliśmy do jednego z bardziej popularnych pływających targów w okolicy – Cai Rang, na którym przeważnie dobija się większych transakcji i kupuje produkty w hurtowych ilościach. Kupcy przypływają w tę okolicę wcześnie rano i zaopatrują się w artykuły spożywcze. Przede wszystkim sprzedawane są owoce i warzywa. Do dziobu łódki mocowane są bambusowe tyczki z zawieszonym owocem lub warzywem – informujące o tym, co na konkretnej łódce można nabyć. Dzięki temu kupujący szybko i sprawnie mogą zlokalizować potrzebny produkt.

Gdy tylko zrobiło się nieco jaśniej, zobaczyliśmy, jak bardzo rzeka jest zanieczyszczona. Oszczędzę Wam zdjęć śmieci, ale na dowód tego jak wiele ich pływa w rzece, wspomnę tylko, że w ciągu naszej krótkiej przeprawy kilkukrotnie przystawaliśmy w celu wyplątania folii i innych śmieci ze śruby. Dryfujące torby ze śmieciami były niestety dość częstym i smutnym widokiem. 

Tego poranka odwiedziliśmy również mniejszy targ, na którym miejscowi zaopatrują się raczej w pojedyncze produkty. Wpłynęliśmy w sam środek pływającego bazaru i tym sposobem byliśmy otoczeni łódkami wypełnionymi bananami, pomarańczami, ananasami, arbuzami oraz innymi owocami.

Podstawowy asortyment stanowią na targu artykuły spożywcze, ale handluje się także ubraniami i środkami czystości. Produkty przerzucane są z łódki na łódkę. Podziwialiśmy więc zręczność sprzedawców i obserwowaliśmy fruwające nad wodą główki kapusty i pęczki zieleniny. My zrobiliśmy na targu zapas małych i bardzo słodkich bananów oraz lokalnych słodyczy w postaci orzechów sklejonych karmelem.

Mekong w tym miejscu tworzy drobną siatkę kanałów, odnóg i małych jezior rzecznych. Prawie wszystkie kanały są żeglowne, a na wyspach otoczonych wodą mieszkają ludzie. Rzeka jest dla nich miejscem do życia, pracy, handlu i jednocześnie podstawowym sposobem komunikacji. Kanały są poprzecinane małymi drewnianymi mostkami, po których można przejechać skuterem, ale nadal głównym środkiem transportu mieszkańców pozostają łódki.

Nie nazwałabym Delty Mekongu miejscem szczególnie miłym dla oka, ale niewątpliwie jest ono ciekawe, głównie ze względu na ludzi i ich sposób życia, zupełnie inny od tego, który my znamy. Pomimo tego, że targi na wodzie są chętnie odwiedzane przez turystów, to nie tracą one na autentyczności. Przede wszystkim służą mieszkańcom. Jeśli podobnie jak my lubicie atmosferę lokalnych bazarów, to miejsce na pewno Wam się spodoba.