Podróżowanie motocyklem ma swoje blaski i cienie. Najczęściej godziny dłużą się niemiłosiernie, a uśmiech schodzi z twarzy już po pierwszych wyboistych i bolesnych kilometrach. Gdy kupowaliśmy motocykl w Sajgonie wiedziałam, że czeka nas prawdziwa przygoda. Nie spodziewałam się natomiast tego, jak bardzo ta decyzja wpłynie na nasz odbiór kraju i odwiedzanych przez nas miejsc. Po wielu tygodniach spędzonych na niewygodnym siodełku, zamiast największych atrakcji Wietnamu, wspominamy przypadkowo odwiedzone i zapomniane przez świat wioski, a także spotkanych po drodze ludzi, którzy witali nas rozbrajającym i szczerym uśmiechem na twarzy. Nie inaczej było w przypadku Vinh Hy.

Wjeżdżając do tej małej i sennej rybackiej wioski, wzbudziliśmy niemałe poruszenie. Z lewej strony zerwało się stado małych prosiąt, a po prawej krowy z wrażenia przestały przeżuwać trawę. Chwilę potem przedzieraliśmy się przez stado meczących kóz, które pasły się tuż przy wjeździe do jedynego hotelu w wiosce. Do hotelu, w którym, jak się okazało, byliśmy jedynymi gośćmi. Nie tylko trzoda chlewna wpadła w popłoch na nasz widok. Nasza obecność wprawiła w konsternację całą obsługę hotelu, w którym zrobiliśmy rezerwację. Wspólnymi siłami udało się jednak szczęśliwie znaleźć dla nas wolny pokój.

W trakcie naszego pobytu w tym miejscu zachodziliśmy w głowę, dlaczego Vinh Hy jest opustoszałe i kompletnie zapomniane przez turystów. Zatoka mieści się w Parku Narodowym Núi Chúa. Otoczona jest zielonymi górami, u podnóża których rozciągają się pola ryżowe i winnice. Cały region stanowi idealne miejsce do wypoczynku. W promieniu kilku kilometrów od wioski bez problemu można znaleźć przepiękne i puste piaszczyste plaże. Wzdłuż wybrzeża ciągnie się również jedna z piękniejszych tras w Wietnamie. Najciekawsze według nas są jednak okoliczne formacje skalne o nazwie Hang Rai, które postanowiliśmy odwiedzić o wschodzie słońca.